środa, 7 listopada 2012

2.

Cześć. Znowu mnie naszło na nabazgranie czegoś ;) więc może wyjaśnię trochę, o co chodziło mi, kiedy pisałam o tej całej stracie. Co się takiego stało? Dlaczego nagle tak ciężko o SZCZERY uśmiech? Może to się wydawać dziwne, ale ja ogólnie jestem dziwna, a to po prostu trzeba przeżyć. Otóż, jak już wspomniałam w poprzedniej notce, gram 7 lat na pianinie. Od 28.06.2012 jestem absolwetnką szkoły muzycznej I st. No i co w tym takiego dołującego? Przecież zdobyłam nowe umiejętności, znajomości, mogłam kształcić się w swojej pasji... Od września 2011 mieliśmy nową nauczycelkę od kształcenia słuchu, audycji muzycznych i chóru. Niby przeciętna kobieta; cicha, skromna, nigdy nikomu nie wchodzi w drogę. Pamiętam, że kiedyś, jak przyszła do nas na chór, kiedy był jeszcze prowadzony przez inną nauczycielkę, podeszła do niej grupka uczniów i zapytała jaki jest sens zapisywania się do szkoły w środku roku (to był akurat grudzień). Poważnie wzięliśmy ją  za nową uczennicę. Wracając; odkąd się pojawiła w naszej szkole, to miejsce stało się zupełnie inne, dużo tam wniosła, dużo nas nauczyła. W pewnym momencie stała się dla mnie kimś w rodzaju siostry, czy najlepszej przyjaciółki. Każdą wolną chwilę spędziłam właśnie z nią, przez całe wakacje chodziłam z telefonem w ręku pisząc z nią esemesy ;) Ponadto, ja i Edyta (z mojej klasy), bardzo zaprzyjaźniłyśmy się z klasą równoległą. Naprawdę, okropnie się zżyliśmy. Traktowaliśmy siebie nawzajem jak rodzina, a to miejsce było dla nas domem + jeszcze wyżej wspomniana jedna nauczycielka, która uczyła moją klasę i druga, która uczyła tę klasę równoległą. To był naprawdę najcudowniejszy rok w moim życiu, byłam wtedy taka szczęśliwa. Kocham ich najbardziej na świecie, oddałabym wszystko, żeby móc przeżyć z nimi choć jeszcze jeden tylko taki rok. W wakacje spotykaliśmy się najczęściej, jak było to możliwe, wyjeżdżaliśmy razem na namioty, ogniska, imprezy itd. Niektórzy dalej chodzą do szkoły muzycznej, ale nie wszyscy i tylko raz w tygodniu (warto wspomnieć, że w tamtym roku byliśmy tam 5, a czasem nawet 6 razy, więc praktycznie codziennie). Chyba nikt nie może się z tym pogodzić. To już było w pewnym sensie rutyną, ale taką dobrą rutyną, z której nagle zostaliśmy wypchnięci. Wszystko się skończyło, jednak tym razem nikt nie zawinił, nikt tego nie chciał. Pamiętam dzien po zakończeniu roku. Odkąd wstałam, czyli od mniej-więcej 8 rano, aż do czasu, kiedy usnęłam, ok. 23, nie przestałam płakać nawet na minutę. Nie mogłam się opanować. Przez pierwszy tydzień wakacji oczy miałam napuchnięte od płaczu, nigdzie nie wychodziłam. Do tej pory nie mogę się otrząsnąć i nie ma takiego dnia bez ani jednej łzy. To naprawdę najcenniejsze, co miałam...

2 komentarze: